środa, 10 października 2012
Dziękujemy Pani Elu !
No i co tu powiedzieć mądrego?!
Nic innego jak z całego serca podziękować pewnej osobie za wielkie serce okazane jednemu małemu kowbojowi.
Michaś - serce moje - ma dziecięce porażenie mózgowe. Długo trwało zanim dotarło to do mnie i zanim udało mi się jakoś z tym uporać. Ale nie o tym miało być w tym poście.
Pani Ela - właścicielka gospodarstwa agroturystycznego w Jeleniej Górze - bez zbędnych ceregieli pozwalała mojemu synkowi jeździć na koniku do woli i nie brała za to ani grosza. Pisząc "do woli" mam na myśli wolę Michałka, bo jeśli chodzi o konika Filusia - to w pewnym momencie na nasz widok po prostu brał nogi za pas. Zapał Miśka do jazdy konnej był bowiem wielki, a Filuś to raczej flegmatyk przeżuwacz - chociaż niezwykle uroczy.
W podziękowaniu za Filusia - serweta na stolik kawowy. Niech służy jak najlepiej.
Nic innego jak z całego serca podziękować pewnej osobie za wielkie serce okazane jednemu małemu kowbojowi.
Michaś - serce moje - ma dziecięce porażenie mózgowe. Długo trwało zanim dotarło to do mnie i zanim udało mi się jakoś z tym uporać. Ale nie o tym miało być w tym poście.
Pani Ela - właścicielka gospodarstwa agroturystycznego w Jeleniej Górze - bez zbędnych ceregieli pozwalała mojemu synkowi jeździć na koniku do woli i nie brała za to ani grosza. Pisząc "do woli" mam na myśli wolę Michałka, bo jeśli chodzi o konika Filusia - to w pewnym momencie na nasz widok po prostu brał nogi za pas. Zapał Miśka do jazdy konnej był bowiem wielki, a Filuś to raczej flegmatyk przeżuwacz - chociaż niezwykle uroczy.
W podziękowaniu za Filusia - serweta na stolik kawowy. Niech służy jak najlepiej.
niedziela, 22 lipca 2012
Appaloosa wzięta!
Non omnis moriar!
Chciałoby się zakrzyknąć, choć moja twórczość jest bardziej
nietrwała ode mnie. Ale z pewnością zostawiłam swój ślad tam,
wiele kilometrów od domu. Swoją pieczęć. Linie papilarne. Kawałek
mojej wyobraźni. Zmieniłam przestrzeń, która do mnie nie należy,
ale na którą miałam przez chwilę wpływ. A nawet władzę.
Wróciłam do domu a mój ślad Tam został. Chi, chi. Niezłe
uczucie. Jak krasnoludek, który ludziom sika do mleka. No może to
niezbyt udane porównanie. Dla ścisłości powinnam dodać, że mój
syn (ma to z pewnością po matce) też swój całkiem spory ślad
zostawił. Mianowicie zalał nowiutką wykładzinę wodą wcześniej
wysmarowawszy ją dziecięcą wazelinką do pupki za 20 dolarów. O
innych pomniejszych śladach nie warto nawet wspominać. Na czas
jakiś Zapraszająca będzie pewnie bardzo wstrzemięźliwa i nie ma
co liczyć na kolejną wyprawę.
Tapetowanie. Szkoda, że tego na zdjęciu nie widać: u góry śliczne oliwkowo-zielone różyczki, poniżej takież paseczki. Pomiędzy nimi drewniana ozdobna listwa. Reszta prac niestety, nieudokumentowana.
A kuku!
Ozdoba okna. Bardzo prosta w konstukcji roletka. Po prostu ściąga się sznurki i blokuje zwykłym odzieżowym stoperkiem.
I wyższa szkoła jazdy, czyli normalnie działająca roleta na trzy rzędy sznurka, ściągana z jednej strony.
Tapetowanie. Szkoda, że tego na zdjęciu nie widać: u góry śliczne oliwkowo-zielone różyczki, poniżej takież paseczki. Pomiędzy nimi drewniana ozdobna listwa. Reszta prac niestety, nieudokumentowana.
A kuku!
Małe molo - pomalowane, okolone grubą lnianą liną oraz lampkami solarnymi
Ten znak mówi sam za siebie. Nie mogłam się oprzeć, żeby go nie sfotografować. Amerykanów to nie dziwi....
I wyższa szkoła jazdy, czyli normalnie działająca roleta na trzy rzędy sznurka, ściągana z jednej strony.
Stacja kolejowa McHenry
Pomysłowy Jaś w samowolnej kąpieli
Pierwowzór Chipa i Dale'a. Wbrew pozorom to nie były wiewiórki tylko takie zwierzątka
Świętowaliśmy 3 urodziny Michałka (to ten poniżej)
i Dzień Matki
sobota, 21 lipca 2012
Nie było mnie...!?
Oj było! I to bardzo. Tylko trochę gdzie indziej. Nie szkodzi. A nawet bardzo pomaga takie zniknięcie i wszystkim tego życzę.
Przemieściłam się w przestrzeni o jakieś 7 391 km. W linii prostej oczywiście. I to z całą czteroosobową rodziną. Jak to wspaniale! Pyk i jest się taki kawał od domu. Wystarczy – bagatela – jakieś 5 – 6 tysięcy złotych i jest się w świecie, który stoi na głowie. Kiedy normalny człowiek poszedłby spać, każą zwiedzać. Kiedy coś byś człowieku zjadł, to wszyscy inni idą spać. W telewizji prognoza pogody niewiele ci powie, bo do cholery czy 100 stopni faranhaita to ciepło czy zimno? A najgorsze, że ładowarkę do telefonu to można sobie wsadzić najwyżej do nosa. Ale poza tym.... Wspaniale!
Najbardziej lubiłam... No właśnie – nie bardzo wiem co wybrać...
Amerykańska prowincja i miasteczka jak z westernu, piękne rancza, wspaniałe czerwone stodoły (red barn). Mili, uprzejmi i zawsze uśmiechnięci ludzie z początku razili i wydawało się, że to dziwactwo, że nienaturalne, ale człowiek się szybko przyzwyczaił i przestał reagować alergicznie.
Jazda kolejką do Down Town. Ludzie wsiadają i wysiadają. Płyną jak kolorowa rzeka, a każdy inny z wyglądu, choć z zachowania identyczny. Każdy podąża swoją drogą. Pojawia się na kilka przystanków i znika po cichu. Chińczycy, Meksykanie, Afroamerykanie. Biali, czerwoni, żółci i czarni. Lubiłam się im dyskretnie przyglądać. Jaka piękna, cudowna różnorodność skór, włosów oczu. I nie wiem czemu, wśród wielu przeciętnych białych ludzi zawsze potrafiłam wyszukać Polaków. Nie umiem powiedzieć, co tak charakterystycznego jest w nas. Nawet nie chcę. Ale po jakimś czasie stałam się tak pewna swoich umiejętności, że od razu waliłam tekstem po polsku i jakoś zawsze mi się udawało.
Spacer po centrum Chicago. Down Town. Millenium Park. W mieście, gdzie cena za metr kwadratowy (stopę kwadratową – co za dziwactwo!) kosztuje majątek, władze inwestują hektary najcenniejszego terenu w zieleninę. Zamiast miotać się po całym mieście w poszukiwaniu kolejnych atrakcji turystycznych można sobie posiedzieć przy fontannie na ławeczce i obserwować piękną architekturę, fale ludzi przepływających obok, statki na prawdziwie błękitnym jeziorze i przede wszystkim piękną roślinność projektowaną przez najlepszych architektów zieleni. Po prostu chłonąć to miejskie specyficzne życie. Choć jestem tylko bidnym urzędnikiem gminnym, to czułam się dobrze wśród ludzi wychodzących na lancz z chicagowskiego magistratu, ubranych obowiązkowo na czarno-biało z teczką w jednej i kawą starbucks (obrzydliwość !) w drugiej ręce. Siedziałam sobie i uśmiechałam się a oni uśmiechali się do mnie i mam wrażenie, nie wiedzieli, że dzieli nas tak wiele.
Dzieciaki zniosły podróż znakomicie! Lepiej niż myślałam. Lepiej niż ja! A zmianę czasu po prostu zignorowały.
Przyleciałam do USA 4 marca. McHenry przywitało nas pięknie.
A zaraz potem tak
W tak pięknych okolicznościach przyrody po prostu nie wypadało czegoś nie stworzyć. No i się zaczęło:
poniedziałek, 13 lutego 2012
Niech żyje świat wirtualny!
A tak! Bo ostatnio dość intensywnie funkcjonuję w świecie blogowym, który dostarczył mi tak wiele pozytywnych wrażeń. Blogowiczki to wspaniałe kobiety! Doświadczyłam też wiele -oględnie mówiąc - nieprzyjemności ze strony "prawdziwych" ludzi. Ludzie potrafią być paskudni. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że każdy z nas uczestniczy w świecie realnym i równocześnie wirtualnym, ale jeśli ktoś robi takie piękne rzeczy jak Ludka z Kramiku Ludki, to musi być też pięknym człowiekiem. I tylko dlatego ten świat się jeszcze kręci zachowując jako taką równowagę. Inaczej Pan Bóg już dawno wyciągnął by nogę z nieba i kopnął nas wszystkich w ....
Kto ciekawy - niech zajrzy na blog Ludki i zobaczy jaki cudny album wykreowała dla mojego Jasia.
I to by było na tyle...
Kto ciekawy - niech zajrzy na blog Ludki i zobaczy jaki cudny album wykreowała dla mojego Jasia.
I to by było na tyle...
niedziela, 12 lutego 2012
Moja nowa produkcja rzeczy "od rzeczy" czyli kupa roboty nie wiadomo po co
Każdego wieczoru robiłam jeden taki "wisiorek"?, "zwis w stylu retro"? czy jak to tam nazwać.
Niezła zabawa i sposób na odreagowanie brzydkiego świata i brzydkich ludzi.
Niezła zabawa i sposób na odreagowanie brzydkiego świata i brzydkich ludzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





